RSS
czwartek, 15 lipca 2010
Nowa fotomanipulacja :)

Zrobilam sobie na Fejsbuku test na to, jakim podgatunkiem fantastyki jestem.
I pytania byly ciekawe, a i rezultat na tyle mi sie spodobal, ze zapragnelam sie nim podzielic; a poniewaz Fej-zbuk uznal, ze nic z tego i on tych rezultatow po prostu nie przyjmie i juz- wrzuce je tu :)

GOTHIC HORROR
Mieszkasz w zamku na wzgorzu, a wszyscy twoi przodkowie chodza w dziwnych bialych pizamach, pobrzekujac lancuchami. Nie dawaliby ci w nocy spac, gdyby nie to, ze sypiasz w dzien. Zawsze dziwilo cie, prawie nikt cie nie odwiedza, a wszyscy okoliczni wiesniacy robia znak krzyza na twoj widok. Zawsze ci sie wydawalo, ze skowyt wilkow z pobliskiego lasu jest najmilsza twemu sercu muzyka i masz problem z utrzymaniem wlasciwej fryzury, odkad nie odbijasz sie w lustrze.

Tak cos mi sie wydawalo, ze pora isc do fryzjera.
Ale reszta... No coz: do moich ulubionych opowiadan nalezy Lovecraftowski `Przybysz` -wg mnie jeden z jego najlepszych utworow; marze o domu bedacym polaczeniem siedziby Addamsow i kryjowki Poison Ivy, zas co do muzyki---po skonczeniu pracki w PSie sprobowalam przerzucic sie -zeby nie zameczyc muzyki z `The Path` zbyt szybko- na sciezke dzwiekowa z `Mirrormask`, tez pokrecona i dziwaczna, ale nie wytrzymalam dlugo i ponownie wlaczylam sobie megapokrecona i schizowata sciezke ze `Sciezki`.
Coz moge rzec... Ten typ tak ma.




wtorek, 13 lipca 2010
Ścieżka przez piekło

Dawno nie przeżyłam w Polsce takich upałów.
Prawie jak w Japonii, tyle że bez takiej wilgoci w powietrzu, niestety- łatwiej by mi było wówczas znieść piekielne temperatury. Ale praktyki stosuję te same: przebywając w swoim pokoju, próbując czytać czy spać, staram się nie ruszać niepotrzebnie, bo wtedy czuję, jak o moją skórę ociera się żar. Piję coś nieustannie; jeśli mam chwilę i czuję, że potrzebuję odżyć- włażę pod prysznic i oblewam się od stóp do głów chłodną wodą; w domu chodzę boso, a włosy noszę spięte wysoko. Do łask wróciły białe bluzki z długimi rękawami, parasolka i wachlarz, długie ochronne rękawiczki trzymam na podorędziu, zaś w torebce- malutki ręczniczek do osuszania twarzy.
Przez ostatnie dwa tygodnie, pracując w księgarni, w ogóle się nie malowałam; nie widziałam sensu. Do pracy zakładam okulary, bo klimatyzacja natychmiast wysuszyłaby mi soczewki na twarde łupinki, a przy okularach o pewnej mocy każdy, nawet najlepszy makijaż, zaczyna wyglądać nieco tandetnie.
Ale przedwczoraj nie wytrzymałam i pomalowałam rzęsy, które w międzyczasie pożółkły jak przydrożny rumianek.
Włosy, rzecz jasna, aż tak mi NIE pojaśniały. Prawo Murphy'ego nigdy nie bierze urlopu -_-'
A właśnie- sądziłam, że pracując pod ziemią, w miejscu bez okien i dostępu do świata zewnętrznego, przez całe wakacje zachowam interesującą bladość.
Otóż okazało się, że ja wcale nie muszę wystawić skóry na słońce, żeby ją spiec. Wystarczy, że na to słońce wyjdę, nawet mając ramiona porządnie zakryte materią- i szczur gotów. A do pracy przecież się nie mogę przeatutować; chociaż znalazłam przyjemną i w większości zacienioną trasę przez Forty (nawet kawałek idę przez stare kazamaty, jeśli akurat brama lochu jest otwarta), to jednak sam plac, gdzie stacjonowały wojska Napoleona, jest skwierczącą patelnią. I to już wystarczy.
---O bogowie...czy się nie mylę?...Nie! Pada! Czy raczej kropi, ale zawsze XD
Na burzę trza mi czekać do soboty, ale wtedy- o, wtedy! pójdę tańczyć w deszczu *___*

Odkryłam grę pt. "The Path", morderczą i schizoidalną wersję bajki o Czerwonym Kapturku, w której bierze udział pięć osobnych Czerwonych Kapturków; ponoć trudno je przeprowadzić do końca, nie zakończonego ich brutalnym i bolesnym zgonem. Gra mnie zainteresowała, ale nie tak bardzo, jak muzyka.
Niektórych pewnie odrzuci już po paru sekundach, ale ja po prostu kocham takie klimaty :P
Niestety, kawałek, który zamieszczę poniżej, nie występuje na ścieżce dźwiękowej -_- Która swoją drogą jest równie niesamowita, jak co świetniejsze utwory Devill Doll czy Recoil *_* Smaszności nad smaszności (najlepsze zaczyna się - i niestety bardzo krótko trwa- w 3:10 minucie)


sobota, 10 lipca 2010
Jednym uchem wpada...

Spalona słońcem---
Wyprawa do Gdyni, za zdrowiem, zaowocowała jego zdiagnozowaniem, a następnie utratą paru cennych punktów tegoż.
Choć na dobrą sprawę koszt nie był tak znów wysoki.
Bowiem udałam się wreszcie ujrzeć błękitny przestwór morza, już po tym, jak ciocia lekarka wprowadziła mi do ucha mnóstwo tutek, rurek i przewodów. Kamertony o różnych tonacjach też mi do uszu przystawiła i kazała powidzieć, kiedy przestanę słyszeć ich dźwięk.
Mijają chwilę- a ja nadal nic nie mówię. Ciocia raz się tylko upewniła, czy nadal dźwięk jest dla mnie słyszalny, a moje potwierdzenie skwitowała pełnym satysfakcji skinieniem głowy: "No tak, w końcu słuch absolutny", co przez chwilę kazało mi podejrzewać, że jestem efektem tajemniczych eksperymentów genetycznych. Wszczepiono mi to i owo, ale że była to nowatorska technika, co jakiś czas się trzeba upewniać, czy działa i czy nie ma sprzężeń. Ale nie ma, oczywiście, porządna firma- nasza firma, hello 8-)
Morze było piękne; migotliwe, senne, z nagłymi zrywami rozbijających się o nabrzeże fal i z rozbryzgami pachnącej jodem piany, która skrzyła się w słońcu. Krzyki mew, śpiewna melodia skrzydeł lecących łabędzi, szum fal----błogość.
Żałowałam, że nie mogę z mojego telefonu wysłać MMSa do ludzi z interioru.

Dwie opowiastki z wczoraj:
- tuż przed zamknięciem wpada jakiś młodzieniec z pozą gwiazdorską; urządził mi prawdziwy monodram, z teatralnymi minami, zdobnymi kwestiami i roztańczonymi dłońmi. Obserwowałam go z zainteresowaniem, szukając naklejek i malutkich - "o boże, nie wierzę, że zaraz o to zapytam!"-  mebelków do urządzania domu dla lalek -"w zasadzie dla pluszowego pieska- wiem! wiem! szaleństwo.."- których rzecz jasna nie mieliśmy. Zasugerowałam, że niektóre mebelki można łatwo samemu zrobić, na co młodzieniec powiedział z westchnieniem, że jest bardzo zajętym człowiekiem. Prawdę mówiąc, podkreślił to już trzeci raz, nie zyskując jednak w zamian żadnej reakcji z mojej strony. Nie tracił jednak nadziei. "No, to kolejne dwie noce z głowy!" wykrzyknął. "Ale jakie emocjonujące" odparłam, sądząc, że mówi o lepieniu sofy z pudełek po zapałkach. "Ach!- zawołał z uśmiechem- nie, nie: JESTEM DJ'EM. Gram imprezy." Błogi uśmiech spełnienia na jego twarzy.
Na mojej- brak zmian w mimice. "O.- zauważyłam beznamiętnie- Gdzie?". "Autsajder klub studencki" wyrecytował z werwą. Pokiwałam głową; znam tą mordownię, a jakże...
Ale młodzieniec ów nie miał pojęcia, jak dalece podkreślił, że jest z jakiejś Kościerzyny czy innego Radomia :DDD

- klientka; wiek późniejszy średni, tik nerwowy, o kuli, w ogóle przesympatyczna kobitka; ale miałam przy niej Zawieszkę Tygodnia. Pani mówiła szybko, trochę niewyraźnie i, hm- dość specyficznie.
Podchodzi do mnie: "Szukam takiej zabawki we wiórki."
Zażyła mnie; gapiłam się na nią tępo i tylko bezwiednie powtrzórzyłam: "Wiórki?..."
"Wewiórki, wewiórki!"- poprawiła mnie niecierpliwie.- Bo to pojedzie do kraju, gdzie nie ma wewiórek."
"Aha- rozpaczliwie próbowałam nadążyć za właśnie trafiającym mnie między oczy zrozumieniem- Niestety, nie mamy; ale może miś? albo żaba?..."
Machnęła ręką. "Żaby są wszędzie. Bo to jest Australia. A tam mają żaby, kangury i misie kołala. Ale wewiórek nie mają!"
Wyznam, że konieczność nadążania za tysiącem idiolektów oraz tysiącem poplątanych ścieżek myślowych, szczególnie po wielu godzinach pracy, jest prawdziwie sztuką i powinno być osobno premiowane.
A ja teraz jestem głucha na jedno ucho, zapchane obficie watą i czuję się obciążona w dwójnasób; najgorsze, jak do księgarni przychodzą mamroty. Coś tam sobie wymruczą w kołnierzyk, a ja mam wiedzieć, czego szukają, co by chcieli przeczytać i czy, jak zwykle, zabił ogrodnik.
Mogę zwalić na ogrodnika, jasne...
wtorek, 06 lipca 2010
Mundialowe wyznanie

Muszę się do czegoś przyznać.
Przegrana Urugwaju w starciu z Holandią to moja wina.
Obawiam się, że to prawda! XD
Najsamprzód wyjaśniam, że ta fala za Holandią, którą przekazałam Fejsbukowym profilem, była tam przez wzgląd na moich miłych Holendrów, nie na ich drużynę; jak tylko zobaczyłam Urugwajczyków, takich biednych i biegających w desperacji po boisku, w dodatku po słuchaniu cały dzień muzyki z "1492", i ci biedni podbici Indianie----
Koniec końców- od samego początku kibicowałam południowym Amerykańcom.
Toteż ilekroć jajogłowi atakowali urugwajską bramkę- zaklinałam ich w sposób praktykowany w szkole i na naszym podwórku przez całe moje dzieciństwo -_-'
I know, I know! lame XD
Ale działało O_O
Podczas tych wszystkich akcji, kiedy Holendrzy próbowali i się im nie powiodło- nie odrywałam wzroku od ekranu i "zaklinałam".
Niestety, pierwsza bramka pomarańczowych uszła uwagi nie tylko mojej, ale i komentatora, który po chwili z niejaką konfuzją odkrył: "Oh, we have a goal...".
Przy drugiej i trzeciej się zwyczajnie zagapiłam XD
Natomiast ten drugi gol Urugwaju? Też moja sprawka ^_^
Naturalnie, treść zaklinanki była inna, ale- jak widać- skuteczna. Szkoda, że przyszła mi do głowy dopiero w 93 minucie XD
Znaczna część 1/8 mundialu przeszła mi koło nosa. Raz w pracy, na przerwie, poleciałam dwa piętra wyżej, do Saturna, zerknąć na mecz (Niemcy z kimśtam). Biegam, biegam po sklepie, tysiące telewizorów, wszędzie jakieś reklamy albo Lady Gaga...
Dopadam zatem dwóch byczków w roboczych koszulkach, zasłuchanych w manieczkowaty łomot, jaki dobywał sie z wypasionych głośników.
"Czy gdzieś u was leci mecz?" zapytałam pośpiesznie.
Wytrzeszczyli na mnie oczy. "Mecz?.."
"No ten dzisiejszy, teraz leci! Na którym telewizorze?"
Jeszcze bardziej się we mneiwgapili, po czym jeden wreszcie wzruszył ramionami. "Na wszystkich, po kolei..."
Zniecierpliwiona, pobiegłam dalej alejką, potem następną, ale rzeczywiście- pomieszane urywki różnych meczów migały na coraz to innym ekranie. Na żywo nie leciało nic, nigdzie; ale wychodząc widziałam jeszcze, jak jeden z byczków pokazuje mnie palcem jakiemuś koledze.
Potem sie zastanowiłam, że faktycznie: w moim otoczeniu mundialem interesuje się więcej kobiet, niż mężczyzn, natomiast w ogóle panuje  trynd "nie lubienia i nie rozumienia piłki nożnej", a im głośniej, dumniej i upierdliwiej to powtarzasz- tym lepiej.
Ja nie rozumiem ping-ponga, ale nie robię z tego życiowego credo.
---
Ciekawe, czy to przejaw niewieścienia naszych czasów, że sporty, dotąd będące domeną mężczyzn, znajdują wdzięczniejszy odbiór i zozumienie wśród kobiet?...
Gdzie ci mężczyźni, na miare czasu...



Orly, sokoly, herosy :DDD


sobota, 03 lipca 2010
Switching fairytales

Upał.
Słońce przymila siępod oknami, kusi, żeby wyjść na zewnątrz, a kiedy to robisz- dopada cię jak wściekły pies.
Ale ja cały dzień dziś spędzę w bunkrze księgarni, więc wyjątkowo się na to godzę.
Nie martwi mnie tak fakt, że w tym roku nie jestem na Open'erze, choć co dzień macham smętnie Shinowi i Midori, udających się na koncerty; nie smuci też tak fakt, że ominie mnie dziś kilka wybitnych koncertów w w Gdańsku, m.in. Kapeli ze Wsi Warszawa.
Ale dziś bedzie mecz Niemcy-Argentyny, który na pewno będzie wydarzeniem sezonu.
Ja zaś w tym czasie będę porządkować regały, pakować coś na prezent i klarować, że napojów z atuomatu nie sprzedajemy.
Blarh.


Dziewczynka z zapałkami w uniwersuum Jasia i Małgosi nie przetrwałaby pięciu minut...8-)
czwartek, 01 lipca 2010
Test na religie

Znalazlam test na zbadanie, ku jakiej religii sklaniasz sie calym swoim jestestwem, a ku jakiej jeno ramieniem, badz broda :P Duzym palcem u nogi. O! Moja lewa stopa jest buddyjska, a juz prawa to zreformowany judaizm, natomiast uszy absolutnie naleza do Sikhow, choc juz skronie- czyli blisko, ale jedynie pozornie- to Nowa Mysl! I Nowa Nadzieja---
Az szkoda, ze nie ma nic o sekcie asasynow.
Ciekawe rzeczy wychodza. Zastanawiaja mnie szczegolnie ci kwakrzy... XD
A najlepsze, ze juz po oddaniu czci wszystkim sloniom i baobabom, jestem predzej ateistka, niz chrzescijanka :D

1. Neo-Pagan (100%)
2. Unitarian Universalism (92%)
3. New Age (86%)
4. Liberal Quakers (79%)
5. Hinduism (74%)
6. Sikhism (68%)
7. Reform Judaism (64%)
8. Mahayana Buddhism (64%)
9. Secular Humanism (57%)
10. Mainline to Liberal Christian Protestants (55%)
11. New Thought (54%)
12. Baha'i Faith (54%)
13. Jainism (53%)
14. Scientology (51%)
15. Theravada Buddhism (47%)
16. Orthodox Judaism (47%)
17. Taoism (40%)
18. Orthodox Quaker (38%)
19. Christian Science (Church of Christ, Scientist) (37%)
20. Islam (35%)
21. Nontheist (33%)
22. Church of Jesus Christ of Latter-Day Saints (Mormons) (27%)
23. Eastern Orthodox (22%)
24. Roman Catholic (22%)
25. Jehovah's Witness (21%)
26. Seventh Day Adventist (20%)
27. Mainline to Conservative Christian/Protestant (18%)

Tescik dostepny o, tu: http://www.beliefnet.com/Entertainment/Quizzes/BeliefOMatic.aspx
wtorek, 29 czerwca 2010
Ten dzień nie chciał się skończyć

Dzisiejszy dzień przetoczył się po mnie niczym walec, a na koniec jeszcze wkręciłam się w szprychy.
Żeby jednak nie siać defetyzmu i nie plwać jadem- przytoczę kilka uciesznych sytuacyjek, które mi ów dzień obszczany umiliły.
1) Metkuję książki.
W tym celu wyciągam je z kartonu, sprawdzam, czy żadna się nie schowała gdzieś pod spodem, i przenoszę na kontuar. Zajmuje to jakieś trzy do sześciu sekund. Tytułem, jaki akurat wydłubywałam z napakowanego kartonu, było "Nie mogę schudnąć"- mała, fertyczna książeczka, ciesząca się szalonym powodzeniem wśród spaśl---klientów. Pięć sekund później położyłam stosik na ladzie, ale podczas przenoszenia mój umysł przetrawił już oglądany tytuł i pod jakimż to zaczełam szukać tej pozycji na spisie?
"Nie żryj tyle".
Przysięgam, tak było. Kiedy po kilku chwilach bezowocnych poszukiwań uświadomiłam sobie swoją omyłkę, mało nie zeszłam ze śmiechu.
2) Do naszej księgarni przyszła pani i zupełnie serio poprosiła o kłódkę; upewniliśmy się starannie, że nie chodzi jej o taką fikuśną kłódeczkę do pamiętnika albo skarbonki w kształcie głowy Hanah Montany i wtedy odesłaliśmy ją z kwitkiem. Wychodziła z wyraźnym wyrazem zawodu na twarzy.
3) Inna klientka kategorycznie zażądała instrukcji obsługi domina. Wydrukowaliśmy jej z sieci; mieliśmy z M. dziwne miny, ale staraliśmy się na siebie nie patrzeć za długo i udało nam się nie ryknąć śmiechem.
4) Inna wersja książeczki z dietą wpasowuje się w hipokryzję, prezentowaną przez magazyny kobiece, gdzie w sąsiedztwie wielkiego śmiałego artykułu o treści mniej więcej: "Akceptuj siebie, niezależnie od tego, ile masz w pasie!!" jest reklama Slim Fast. Otóż tytuł tej książeczki brzmi: "Nie mogę schudnąć- 350 nowych przepisów". Right on!
5) Pod koniec tej nie kończącej się historii, jaką był dzisiejszy dzień, do sklepu sprężystym krokiem wmaszerował pan, uzbrojony po zęby, w stroju więcej komandosa, z czarnym neseserem. Zatrzymał się (wciąż sprężyście) przed ladą, i kiedy oddelegowałam akurat obsługiwana klientkę precz, odezwał się, miło, krótko i konkretnie: "Dzień dobry. Tutaj? Z panią?" (obrzucił mnie przy tym szybkim, szacującym spojrzeniem)
Co ja bym dała, żeby zobaczyć swoją minę wówczas...
Wymamrotałam jedynie- i absolutnie odruchowo: "Nie...Z kierownikiem..." i dopiero później naszła mnie refleksja, że mogłam M. narażać na losy gorsze od śmierci (24,80 miękka oprawa); odprowadziłam po prostu pana spojrzeniem, aż zniknął w kanciapie, ze swoim czarnym neseserem, no i kierownikiem... 8-)
Wracając, znów pożegnał się osobno słowami i osobno oczami, ale już nic z tego, mospanie- była szansa, wybrałeś kierownika.
Precz z moich oczu, precz z mego serca, jeszcze jedno piwko dzisiaj!...
Aha: o śpiwory tez nas kiedyś pytano. Czy mamy. I kartki z życzeniami z okazji udanego in vitro.
Przecież.
poniedziałek, 28 czerwca 2010
Dostawca ziół

Uczciliśmy Kupałę.
Nieco później po dniu właściwym, który niektórzy świętowali 19go, inni 21go lub 23go; mieliśmy parodniową obsuwę, więc nie siedzieliśmy nad otwartą na oścież bramą między światami, strumień płynął sobie spokojnie między nami a cywilizacją, ale jestem pewna, że bogom nie robi to takiej różnicy, ognisko ku ich czci rozpalono i tak- od niedzieli jest lato.
Były śpiewy, taniec, drama Eduardo i Carlosa, a także jeden karkołomny fikołek przez ognisko, księżyc świecący nad lasem i mgła podnosząca się o świcie nad łąką.
Dobra noc. Gorszy dzień następny XD
Trochę smutne było odkrycie, jak mało znamy pieśni ogniskowych, czy już szczególnie kupalnocnych, więc odśpiewaliśmy wszystkie hity piosenki polskiej lat 70-tych i 80-tych, kilka szant i piosnek harcerskich, całe Domowe Przedszkole i repertuar Fasolek, przechodząc gładko przez burzliwy czas Nosowskich i Kowalskich, do piosenki musicalowej i Danziga.
Czy ktoś wie, jakie moze być znaczenie snu w Noc /po Nocy/ Kupały?...Frapujące zagadnienie.
Natomiast, wykorzystując zgromadzenie, przeprowadziłam malutki eksperyment społeczny, mianowicie wspomniałam, że mój dostawca ziół jest jedną z tych rzeczy, które mnie skłaniają do pozostania w Gdańsku.
Zostało to odebrane w sposób łatwy do przewidzenia; a ja miałam ubaw, myśląc o tych dostawach, tymianku i macierzance, i wielu, wielu innych...:P Ale to też trochę smutne: zioło to już musi być od razu "zioło". O, tempora, o mores...
Otóż jakiś czas już temu, zdając sobie sprawę, że skutki picia tak ogromnych ilości herbaty dziennie zaczynają już dawać znać o sobie, przerzuciłam się na zioła. Herbatę, naturalnie, też pijam. Ale o 60% mniej, niż, dajmy na to, w lutym.
I czuję się z tym świetnie. Mniej świetnie, kiedy zobaczyłam nowe ceny ziółek; i o ile miodunkę i macierzankę nadal będę kupować u pana dostawcy, tak po pokrzywę zacznę się wyprawiać do lasu, bo 4 złote za pół słoiczka startych korzeni to rozbój w biały dzień.
Ale wątek o ziołach wywołał inny temat, który ubawił mnie setnie, i dołączam go do dwóch innych Tekstów Dnia :)
1) kolega kilka tygodni temu jeszcze parał się sprzedawaniem polisy ubezpieczeniowej niewinnym ludziom; i tak pewnego dnia zawędrował w nasze progi ze swoim szefem, niestety- nie dogadalimy się do końca co do daty spotkania, my byłyśmy bardzo zaskoczone wizytą i do rozmowy nie doszło. I kiedy wracali, szef sarknął do kolegi ze zniecierpliwieniem: "Ty to mnie zawsze do jakichś hipisów prowadzisz!".
2) Z życia i komentarzy mundialu: "Wejście w taki rytm bezbramkowy jest rozpraszające i wybioja z rytmu". O_o Zeeen...
3) Mama, po powrocie ze spaceru, do mnie: "A wiesz, to, co wtedy, w lesie, piszczało jak żuraw----to był żuraw." XD :D
sobota, 26 czerwca 2010
Eye of the tiger

Niebo zaciągnęło się jednolitym całunem biało-szarej barwy i cała idea połowy dnia wolnego wzięła w łeb; ale jeszcze godzinę temu roleta, przesiewając jaskrawy słoneczny blask, łopotała na ciepłym wietrze, klekocząc troczkami i przywodząc mi na myśl łódź żaglową.
Taką, która już stoi zwrócona dziobem w stronę horyzontu i kołysze się niecierpliwie, chcąc jak najszybciej opuścić ciasną przystań. Ona już jest myślami na morzu, już jest jednym wielkim łopotem żagli, podmuchem wiatru, tańcem promieni słońca na falach- ruchem.
Słucham teraz wyłącznie muzyki przestrzennej, nasyconej powietrzem, dającej wrażenie nieograniczonej wolności i bezkresu.
Tymczasem- w pracy.
Odwiedził nas szatan, w obłokach siarki; próbowano nas zagazować; próbowano nas doprowadzić do szaleństwa, puszczając przez pół dnia dźwięki- bo nie "muzykę"- a'la Penderecki w stylu noise. Była to oprawa muzyczna do happeningu, polegającego na zrzucaniu z wyższych pięter centrum dużych ilości ciuchów -_-'
I o mały włos nie sprzedałam swojego naszyjnika; po prawdzie, stało się to przypadkiem; ot, zapięcie mnie drapało, więc zdjęłam go na chwilę, a że pojawili się klienci- odłożyłam na chwilę na kontuar. I dwie sekundy później już był w rękach klientki, oglądającej go łakomie, czekałam tylko, aż przygryzie paciorek wprawnym jubilerskim zębem.
Chyba zauważyła moją minę, bo z zakłopotanym uśmiechem odłożyła korale na ladę i uciekła. Trzeba pozostawać czujnym, nie tylko ze względu na amatorów książek i gier za darmo- you gotta have an eye of the tiger, Bob, eye of the tiger...

Tymczasem z życia w sieci- denerwuje mnie pewien popularny typ forumowicza, który, bezpiecznie ukryty za tożsamością sieciową, próbuje wszystkich oszołomić swoją rzekomą inteligencją i oczytaniem, bo zna kilka ponadpięciosylabowych słów, a przy tym blubra niemożebnie.
Tyle, że długimi wyrazami, co w zamierzeniu ma konfundować rozmówców i przyczyniać się do tworzenia etykiety "umnego", bo nikt nie wiem, o co mu chodzi.
Nie tylko w sieci przecenia się wiedzę dyskursywną, choć dostrzegam to przede wszystkim na forach; jednak dostaję piany, kiedy ktoś, kto ma umysł z betonu i nie potrafi iść więcej, niż jednym torem myślowym, a przy tym jak już raz wejdzie w myślową koleinę, to uparcie się jej trzyma, do upadłego- traktuje mnie protekcjonalnie i próbuje dyskredytować. Zapewne dlatego, że nie ma pojęcia, o czym piszę, inny punkt widzenia to inna koleina, do której nie potrafi się przenieść choćby na chwilę, wiec wpada w panikę.
Tron zagrożony.
Ale, jak to ujął obrazowo Chris Rock- I'm tired of this shit.

wtorek, 22 czerwca 2010
Is this Sparta or wha?

Chwila ciszy...
Ciszy mi teraz potrzeba. Szumu drzew, szmeru wody; spokoju.
Żeby choć przez krótką chwilkę świat i ludzie, którzy mnie otaczają, przestali mnie poszturchiwać i potrącać, żądając, żebym się ustawiła tak, jak świat uznał, że będzie najlepiej dla niego..o, pardon: dla mnie, przecież, że dla mnie. I zrobiła z życiem to, co oni uznali za najwłaściwsze.
I żebym dalej, tak samo grzecznie i bez pytań, jak uprzednio, wyłuskiwała z przepastnych kieszeni dukaty, nice and easy.
To jest pora na bardzo gorzkie pigułki życiowe, jedna po drugiej; na kolejną lekcję pt. ufaj jedynie sobie. I- szukasz rady? Przegooglaj pytanie, pff.
I- nikt nie ma ochoty słuchać o twoich kłopotach, jesteś cennym rozmówcą kiedy milczysz i słuchasz o kłopotach innych.
I jeszcze- czy ktoś był pod wrażeniem, że cywilizacja Sparty upadła? To dlaczego otacza mnie cały czas wielka, krzycząca emanacja filozofii spartańskiej "We want only strong and succesful ones"?
Mam ochotę teraz coś z wyciem rozszarpać, cisnąć o ścianę i rozpętać Chaos; ale, oczywiście, tak nie będzie. Obejrzę film. Jutro pójdę do pracy. I następnego dnia też. I następnego.
A za tydzień napiszę maila do Młodszej, którego odkładałam wciąż, bo myślałam, że jest po co. Że jest szansa.
Teraz? Teraz już mi nie wystarczy mała zmianka; teraz zmiany - to muszą być ZMIANY; muszą nabrać kosmicznej masy, tak potężnej, żeby zasypać ten spartański Dół Zagłady, na którego krawędzi już balansuję.
Ponieważ w tej chwili nie mam złudzeń: w momencie upadku jedyne, na co mogłabym liczyć, to to, że grawitacja się nagle rozmyśli.

CURRENT MOON